Przejdź do treści

Mam w domu (umierającego) Chrystusa

Potrzebuję, żeby ktoś mi o tym przypomniał, kiedy ból bardziej boli, niewyspanie zamienia się w brak cierpliwości, a codzienne rytuały stają się obowiązkami. Tak stało się dziś. Ksiądz na kazaniu na Mszy Św., w której uczestniczyłam z Pierworodnym (bo nie zdążyliśmy na inną pół godziny szybciej w bliższym nam kościele) poruszył moje trochę przybite serce. Sprawił, że zaczęłam się otrząsać z pyłu ziemi, na którą właśnie upadłam. Troszcząc się o MNM, troszczę się o Chrystusa. Jak bardzo mi ta myśl otwiera drzwi na pokorę i czułość w stosunku do MNM!

Uzmysławiam sobie też, że każda Komunia Św. jest goszczeniem Chrystusa pod dachem mojego serca. I zastanawiam się czy jest tak, że to co robię, to jak wykonuję codzienne czynności, to co i jak mówię, czym się zajmuję, na co patrzę, czego słucham, jak zachowuję się w stosunku do spotkanego człowieka jest troską o Jezusa, którego dobrowolnie przyjęłam czy nie? Czy w drugim człowieku widzę Jezusa? W niektórych tak, ale w tych, z którymi mi nie po drodze niekoniecznie. Na pewno nie jestem Samarytaninem z dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 25-37), który zatroszczył się o kogoś z kim dzieliła go przepaść kulturowo-wyznaniowo-poglądowo-każdainna. Samarytanin wzruszył się, zatrzymał, opatrzył rany i przekazał w dobre ręce płacąc za utrzymanie.

Myślę, że to high level Miłości, na którą mnie jeszcze nie stać. A może zbyt łatwo się usprawiedliwiam? „Polecenie to bowiem, które Ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem” (Pwt 30, 11)- mówi dzisiejsze pierwsze czytanie. „Jaka jest Dobra Nowina dla mnie, Boże?”- pytam. Czy mam się zdołować tymi sytuacjami, kiedy wzruszałam się, przystawałam może czasem, ale nie szła za tym dalsza pomoc? Myślę sobie, że dla mnie (dla Ciebie może być to coś zupełnie innego) ważne jest słowo „DZISIAJ” („Ja Ci dzisiaj daję”). Dzisiaj tym, kim mam się zająć, kogo mam pielęgnować jest szczególnie MNM. Mam być uważna i wrażliwa na krzywdę także innych, ale najpierw, dzisiaj (!), muszę, a raczej chcę nauczyć się troszczyć o MNM. Codziennie na nowo, świeżo, z czułością i pełnym oddaniem wzruszać się, zatrzymywać przy łóżku, potrzymać za dłonie spragnione dotyku, pielęgnować, a jak trzeba znaleźć dobre ręce do pomocy. To łatwiejsza Miłość. Miłość do Męża, którego się kocha z jednej strony jest, a z drugiej nie jest szczególnie wymagająca. Ale jak dla mnie, to krok na dzisiaj, który proponuje mi Bóg. Być może na mojej drodze jutro, które stanie się nowym dzisiaj, spotkam innego potrzebującego.

Krok za krokiem. Dzisiaj jestem tutaj. Ważne bym była w drodze.

Spośród wielu wzruszających życzeń, które dostaliśmy na nasz ślub, do dziś pamiętam dwa, a w zasadzie półtorej. Krótkich, ale niezwykle proroczych i bardzo dotykających moje serce. Pierwsze to: „Ufajcie!”. Na kartce było napisane tylko to słowo. Dziś stało się moim kołem ratunkowym, którego nie daję sobie z rąk wyrwać. Drugie życzenia, a tak naprawdę ich połowa, brzmiały tak: „Kasiu, Twoją drogą do świętości jest A. (MNM)”.

Niezaprzeczalnie tak!

 

Obraz główny Sebastian Wójcik z Pixabay

 

 

 

3 komentarze

  1. Kasiu. Jest mi bardzo bliskie to o czym piszesz. Dwa lata temu moj mąż ciężko zachorował na raka. Dziś już jest dobrze, ale pamiętam jak podczas tej choroby przeszliśmy wszystkie stacje Drogi Krzyżowej. W Wielki Piątek moj mąż byl po operacji. Olbrzymia rana przecinająca bok. Jezus z taką samą raną leżał w grobie.
    Wtedy to zobaczyłam jak na dłoni. Mój mąż jest drugim cierpiącym Jezusem.
    Będę o tobie pamiętała w modlitwie. O Was.

  2. Marzena Marzena

    Prawdy oczywiste należy przypominać, zrobiłaś to pięknie. dziękuję

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *