Przejdź do treści

Chcesz skarb? Odwróć serce!

Pierworodny wracający z przedszkolnego spaceru po lesie obładowany gałęziami i liśćmi. Mojżesz wpatrujący się na Górze Synaj w twarz Boga. Zamożny człowiek, któremu obrodziło pole. To puzzle z wczoraj i dziś.

Jaki obraz z nich mi się ułożył?

Skarb

Odkąd Pierworodny został przedszkolakiem ilość skarbów, które gromadzi wzrosła niewyobrażalnie. Częściowo są to rysunki, ale zdecydowanie nie jest fanem kredek, więc powstają w całkiem znośnych ilościach. Nawet w zbyt małych jak się czasem martwię, kiedy nie mam nic lepszego do roboty 😉 . Wyraźną większość stanowią natomiast dary natury: gałęzie, liście, owoce krzewów i drzew, kwiaty, trawy, kamienie…. Dziś przekładał je wszystkie z zapałem do nowego kartonu, bo stary był za mały (ech…) i zamoknięty. Ustaliliśmy, że tego typu zdobycze będzie trzymał w jego przyogrodowym domku z kartonu. Nie wchodzę do niego. Nie sprzątam. Zostawiam mu ten jego świat. Sam dziś zdecydował się posprzątać (!).

Czasem się dziwię po co mu ten setny kamień, liść o podobnej barwie, patyk tego samego kształtu. Nie wiem, ale widzę jak to jest dla niego ważne i nie chcę go zgasić. Wzdycham w duchu z jednej strony, a z drugiej uczę się jego świata. I uczę się od niego mojego świata. Dziś, kolejny raz, pan z przedszkola (Przedszkolanek?!?!) zachwycał się wrażliwością na przyrodę Pierworodnego. Mówił: „Trzeba go widzieć jak w lesie biegnie, schyla się, szuka i z entuzjazmem chłonie przyrodę. To skarb na całe życie!”. No właśnie. Skarb!

Bo to nie te badyle są skarbem, choć teraz dla niego fizycznie są. To rzeczywistość, która kryje się za nimi. Nie wiem czy zostanie przyrodnikiem albo jak pewien ksiądz, o którym opowiadała mi ostatnio Mama MNM- będzie biegał z aparatem na każdym postoju autokaru fotografując nowe, bo coraz dalej od granic kraju, gatunki fauny i flory. Gdziekolwiek będzie i czymkolwiek się zajmie, wierzę, że ta wrażliwość na przyrodę gdzieś w nim zostanie. I bardzo chciałabym, żeby patrząc na naturę, na jej cudowność, dostrzegał jej Stwórcę.

Piękno. Dobroć. Nadzieja. Chwała Boga. Gromadzenie skarbów u Boga przez to, co daje nam On sam w obfitości, zamiast zagarnianie dla siebie jak zamożny człowiek z Ewangelii, któremu obrodziło pole (Łk 12, 16-21).

Relacja ze Stwórcą. To jest prawdziwy skarb!

Odwrócone serce

Jak ten skarb zacząć gromadzić? U każdego zapewne inaczej. Każdy z nas, jeśli tylko zechce, może pozwolić znaleźć się Bogu, by stał się Najbliższym, Najukochańszym, Najcudowniejszym Tatą. Ja jestem w drodze. Opowiem jak ta droga zaczęła się u mnie. U Ciebie może być zupełnie inaczej! Weź co chcesz, zainspiruj się, mrugnij w Jego kierunku, zrób krok…

Pojawiło się kiedyś silne pragnienie, by ta moja relacja z Bogiem, poprawna politycznie, stała się bliska. Zapragnęłam, by Pan Bóg mnie w sobie rozkochał. Nie umiałam go pokochać sama z siebie. Wiedziałam, że to On musi we mnie to zrobić. A, jak gdzieś niedawno usłyszałam, ale nie pamiętam już niestety gdzie, Pan Bóg nie daje nam pragnień, których by nie chciał zrealizować. Oczywiście tych dobrych, a to, jak myślę, było bardzo dobre. Wszystko zaczęło się od postu. Wielkiego Postu w 2018 roku, kiedy to pierwszy raz tak świadomie przez ten czas przechodziłam. Przekuwałam głód ciała na potężny głód duszy za Bogiem. Wołałam. I słuchałam.

I moje serce zaczęło się powoli odwracać. Rozpoczęło się nawrócenie z wiary poprawnej do wiary żywej. To ścieżka, którą od diagnozy MNM idę. Oczywiście zanurzam niestety czasem nogi w przydrożnym bajorze, ranię się o kolczaste chaszcze, grzęznę w bagnie… Słabnę na tej drodze. I wracam, by odetchnąć. Zamiast mówić i prosić, zaczynam słuchać Jego Słowa. Codziennie. Jak jedzenie. Dusza też go potrzebuje. Robiłam to już wcześniej w swoim życiu, ale nic się nie działo jak mi się wydawało. Tym razem coś się otworzyło. Widocznie Pan znalazł jakąś szczelinę w moim sercu. Zamiast gadać i prosić, trwam w milczeniu. Próbuję rozważać w swoim sercu to, co do mnie mówi.

Słucham, słucham i … słucham. Słów Bożych. I słów drugiego człowieka, przez którego Bóg też przemawia. Wybitnego historyka Kościoła, natchnionego kaznodzieję, Panią z warzywniaka, blogera zaangażowanego i szczerego (jak się wydaje) w swoje pisanie, kobietę walczącą z chorobą swoją czy dziecka, podróżnika o błyszczących ciekawych świata oczach, ludzi robiących to, co kochają, Dzieci własnych… I teraz naprawdę nie mam potrzeby Boga o nic prosić. Po prostu przychodzę ze swoim już trochę odwróconym sercem przynosząc wszystko co tam mam. I wiem, że On wie. A On daje to, co jest dla mnie najbardziej odpowiednie. Ufam, że droga, którą idę, choć nieprzyjemna, bolesna jest tą najlepszą dla mnie. Wolałabym po ludzku inną. Mniej wymagającą… Ale czy coś by się we mnie wtedy zmieniło? Mogę go tylko uwielbić w każdym położeniu, jeśli zdolnej do tego przestrzeni serca nic ciemnego nie zagarnie. I popatrzeć na twarz Taty, choć trudne to, bo fizycznie Jej na razie nie widzę.

Niech między Moją, a twoją twarzą nie będzie nic innego * – powiedział Bóg do Mojżesza w pierwszym przykazaniu.

Bez zakładania masek, które od Niego oddzielają. Bez bogów cudzych przed Nim. Patrzeć. Słuchać, czyli nie być biernym. I czekać pokornie ze skruchą i wytrwale z wdzięcznością. Kiedyś odpowie.

Słuchaj, Izraelu (Mk 12, 29b) i nie bój się robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu (Iz 44, 14a)!

 

* pisząc inspirowałam się tu: [NV#333] Twarzą w twarz. Odnalazłam się w tej historii.

 

Obraz Linus Schütz z Pixabay

Jeden komentarz

  1. Agata Agata

    Piękne i bardzo osobiste. Dziękuję za podzielenie się.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *