Przejdź do treści

Urodzić się, by służyć i być szczęśliwym, czyli bam-boo day (odc. 12)

Zaplanowałam na dziś inny tekst. Nie ucieknie on jednak mam nadzieję. Dzień przyniósł inne refleksje, które kipią mi w głowie. Wiele się tam z resztą kotłuje myśli ostatnio. Pomysły na wpisy wylewają się ze mnie ostatnio, ale nie udaje mi się ich przelewać na internetowy papier, a już pojawiają się nowe i nowe. Może część jest zarezerwowanych tylko dla mnie, a może czekają na najlepszy dla nich czas? Tak czy siak już biegnę, by się czymś z Wami podzielić. Pędzę by służyć. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Jakoś nie tak

Dzień z kategorii tych trudniejszych. Pod różnymi względami. Ale były też momenty przyjemniejsze. Jednym słowem typowy dzień BAM-BOO. No prawie.

Zimna kawa, choć akurat dziś bardzo chciałam ciepłej i wypitej w spokoju. Kąpiel przerwana dźwiękiem domofonu. Fizjoterapeutka przyszła. Nigdy nie wiem dokładnie o której się pojawi, więc korzystając z luki czasowej wskoczyłam do łazienki nadrabiając wczorajsze zaległości. Niezadowolenie, delikatnie mówiąc, Ostatniorodnego. Niechęć do zmiany pieluchy, ubrania, jedzenia, wyjścia na spacer, a potem powrotu z niego. Pobudka z drzemki. Szał. Histeria. Bunt i upór dwulatka bywa wykańczający.

Nie tak miało być. Nie dziś. Nie w dzień moich urodzin.

Było więcej niż zwykle życzeń urodzinowych. Nawet paznokcie udało się obciąć! O pomalowaniu zapomniałam pomarzyć 😉 . I prawdziwe BOO się pojawiło postaci róż dostarczonych pocztą kwiatową, które były dosłownym otarciem dzisiejszych łez. Siedziałam przy MNM, kiedy Ostatniorodny był na spacerze, a Pierworodny w przedszkolu. Cisza w domu. Palce kliknęły pewien filmik idealnie ubranego i uśmiechniętego małżeństwa siedzącego na tle idealnego wieńca adwentowego i cudownie disajnerskiego kalendarza adwentowego podświetlonego klimatycznymi lampkami. Kusiło, by zazdrościć, choć wiedziałam, że to tylko wyrywek rzeczywistości. Tęskniłam za MNM. Za „normalnością”. Łzy chciały w końcu wyjść. I zadzwonił domofon. No jeszcze tego brakowało, by listonosz czy tam kurier się na mnie teraz gapił. Zimną wodą nieco schłodziłam zaczerwienioną twarz. Serce zdziwiło się i zaraz uśmiechnęło. Zostało ocieplone przysłanymi kwiatami z karteczką jak na zdjęciu poniżej.

A potem spojrzałam fizycznymi oczami na tego słodko śpiącego (w końcu, po pobudce z drzemki- jego pierwszej części jak się później okazało, zmianie pieluchy zrobionej siłowo i histerii) dwulatka przytulonego do mnie. Spał w moich ramionach, a ja bujałam się w rytm dziecięcej spokojnej muzyki na piłce (którą kiedyś, tak na marginesie, na końcu tej przygody, rozerwę w złości na strzępy; no chyba, że zapomnę, a cała złość stanie się rozmytym wspomnieniem 😉 ). Oczy duchowe zobaczyły Maryję. Wzięłam do ręki różaniec jak już udało się położyć Syna na łóżko. Chciałam się zatrzymać. Posklejać to, co dzisiaj ciągle leciało mi z rąk. Usiadłam przy MNM. I zaczęłam „kulkować”, jak to mówi jedna z naszych wspólnotowych koleżanek. Nawet modlitwa ciągiem, od początku do końca różańca, się nie udała. To nic. Już nic. Serce się powoli nawracało.

SŁUŻBA

To słowo zaczęło mi towarzyszyć odkąd popatrzyłam na Maryję gdzieś za połową dnia. Pierwsza tajemnica radosna: Zwiastowanie; w intencji Smutnych i Radosnych. Karmienie MNM. Druga tajemnica radosna: Nawiedzenie; w intencji Chłopców, za których modlę się w róży różańcowej rodziców za dzieci. Trzecia tajemnica radosna: Narodzenie, w intencji pewnego małżeństwa w kryzysie. Czwarta tajemnica radosna: Ofiarowanie; za księży. Piąta (przerwana powrotem Ostatniorodnego ze spaceru) tajemnica radosna: Znalezienie; za osoby towarzyszące nam, za Was.

Jest tyle osób, którym mogę służyć. Gestem. Słowem. Czynem. Modlitwą.

I jestem ja. Nie mniej ważna. Sobie też mogę służyć. Powinnam nawet!

Nie wychodziło mi dziś zajmowanie się sobą. Być może za mało było w tym służby i miłości. Od kiedy zobaczyłam dziś Maryję, nie opuszcza mnie myśl, że prawdziwe szczęście nie jest w chwilowych przyjemnościach. Co nie znaczy, że są one jedynie tanią rozrywką. Są potrzebne o ile jest w nich pokorna służba. Wobec innych i w stosunku do siebie także. Ona prowadzi do szczęścia! Jestem o tym głęboko przekonana. Nawet czasem doświadczam tego, kiedy konkretnie służę MNM. Pokora to nie smutne uniżenie i chowanie głowy w piasek. To w moim odczuciu poznanie prawdy o sobie. Swojej wartości i swoich ograniczeniach. To dla mnie wyzwanie. Służba. I pokora. To nie jest coś do czego dziś doszłam w praktyce, co osiągnęłam. To zaproszenie i wyzwanie.

Tekst tworzony przed wieczorem. Już powinnam przygotowywać kolację. Być dla dzieci i MNM. Miałam pragnienie, by być też tu dla Ciebie. Wpis wyklikany zawczasu, bo czeka mnie najprawdopodobniej długi wieczór z Ostatniorodnym, który miał długą i późną drzemkę. Nie udałoby mi się pewnie tego napisać, gdybym zostawiła to na później. Służba czyni mnie jednak szczęśliwą, więc egoistycznie (także) piszę 🙂 . Dla Ciebie (mam pokorną nadzieję! 🙂 ). I dla siebie.

Trudny dzień, ale pewnie potrzebny. Dziś odkryłam powód (pewnie jeden z wielu) swoich narodzin. Urodziłam się, by służyć i być szczęśliwą!

 

P.S. Dziękuję za każdą Waszą służbę wobec mnie i mojej Rodziny!

 

Obraz skalekar1992 z Pixabay

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *