Przejdź do treści

Plastelina i grób, czyli bam-boo day (odc. 16)

Od kilku dni siedzę nad jednym wpisem. Czuję, że jest ważny, ale nie mogę go „posklejać”. W międzyczasie pojawił się pomysł na inny, o nieco mniej trudnym (choć niezupełnie, bo nie umiem, nie mogę zupełnie odciąć się od naszej niełatwej sytuacji) kalibrze niż te ostatnie. I już miałam się poddać i z tym tekstem, kiedy dostałam wiadomość z m.in. wystosowaną prośbą, by nie przestawać prowadzić bloga :-), za którego oczywiście dziękuję. Zmobilizowana więc tymi słowami siadłam niedawno do komputera i napisałam o naszym dzisiejszym dniu 🙂 .

Plastelinowa hulajnoga i inne

Ostatnie poranki idą ewidentnie torem kwarantannowo-wakacyjnym. Pory pobudek zbliżają się malutkimi krokami do tych odpowiadających mojemu organizmowi. Nie przeszkadzają mi też niespieszne śniadania i cała reszta związana z brakiem pośpiechu. Do dobrego człowiek jednak szybko się przyzwyczaja, choć jeszcze niedawno czas biegł przecież zupełnie inaczej…

Po pobudce kurier wtargał ogromne pudło na nasze piętro. Pudło czekało na właściwą chwilę, by je rozpakować. Chłopaki też czekali. Tymczasem zjedliśmy wspólne śniadanie. Ciągle doceniam to, że mamy to czas. I stół, przy którym się swobodnie mieścimy. Po tym jak już udało się, że wszyscy domownicy mieli umyte zęby, rozłożyliśmy na stole plastelinę i zapałki (bo na porannych zakupach nie udało się zdobyć wykałaczek). Chłopaki plastelinę uwielbiają, a jeszcze jak ktoś z dorosłych jest obok nich podczas tej czynności, uśmiechom nie ma końca. Co prawda zabawa nie toczy się zwykle z zamysłem dorosłego, ale pewne elementy udało się wdrożyć. Powstał namiot, domek, pierogi. I hulajnoga, którą Pierworodny zdecydowanie lepiej dopracował niż ta w mojej wersji. Co facet, to facet 😉 . Była też kaczka wykrojona przez Ostatniorodnego, która zamieniła się w kawałki na podłodze. A potem w żel wcierany we włosy. No cóż. Po lekkich nerwach, wyjaśnieniach i przeprosinach, żyliśmy dalej.

Przyszedł czas na zupę, a po niej na rozpakowywanie tajemniczego kartonu. Nie wiem jak mają inni rodzice, ale ja najbardziej cieszę się, kiedy kupuję coś swoim dzieciom. Zakup na własny użytek cieszy jakoś mniej. Rzadko chłopakom kupuję zabawki. Tym razem też tego nie zrobiłam. Postanowiłam pomóc kolarskiej pasji Pierworodnego i zamówiłam rower, na którym będzie mu się jeździło swobodniej, i mam nadzieję z jeszcze większym entuzjazmem, niż dotychczas. Tak więc naszym oczom ukazał się rower, który wymagał poskładania. Yhh. Na szczęście nie wszystkiego, bo to wykraczałoby poza moje umiejętności. Imbus i dołączony klucz wystarczył. Potrzebowaliśmy tylko czasu. No prawie, bo klocki hamulcowe przedniego hamulca ocierały o obręcz. Jak ja nie cierpię takich rzeczy, jakby to powiedział Smerf Maruda. Ewidentnie mam coś z jego natury. Nie nadaję się do takich spraw. Zawsze miałam od tego człowieka… Po przyjacielskich wideokonsultacjach, udało się za pomocą imbusa piątki (tego najważniejszego w rowerowych ustawieniach podobno 😉 ) wyregulować hamulec.

Spacer po cmentarzu

Zanim rowerowe regulacje zostały przez mnie poczynione, zjedliśmy kolejny wspólny posiłek, czyli drugie danie, i pojechaliśmy. Zwykle jeżdżę tam sama, ale tym razem zabrałam Chłopaków. I kalosze. A i Babcia się jeszcze zgłosiła do wycieczki. Pojechaliśmy na cmentarz. Taka nasza codzienność. Od plasteliny, wesołych zabaw, spacerów po lesie po przypominanie tego, co się w naszym rodzinnym życiu ostatnio wywróciło.

Tak na marginesie to na tapecie mamy też ogrodowe podlewanie roślin, które rosną, rosną (!) ku mojemu zaskoczeniu i zupełnemu nieprofesjonalizmowi. Już niedługo powinniśmy zjeść naszą własną rzodkiewkę i szczypiorek 🙂 . Jedni pieką kwarantannowe chleby, inni sadzą pestki melona w kubku po jogurcie na chusteczce higienicznej, a jeszcze inni wykorzystują potencjał nieuprawianego do tej pory ogrodu. I muszę przyznać, że wciąż jestem zafascynowana tym, że z takiego maleńkiego ziarenka, wyrastają takie cuda! Dla moich Chłopaków to też niecodzienna sytuacja i możliwość obserwacji niezwykłego świata przyrody.

Wracając do wątku wyjazdu, to kalosze się zdecydowanie przydały, ale sam spacer po cmentarzu z Chłopakami do łatwych nie należał 😉 . Chęć dotykania zniczy, odwracania ławek, siadania czy stawania na grobach u Ostatniorodnego, była trudna do okiełznania. Nie obyło się też bez zgromadzenia skarbów przyrodniczych, których Pierworodny jest fanem. Jakoś daliśmy radę i pożegnawszy się przy grobie MNM słowami Pierworodnego: „Pa, pa Tatuś” wróciliśmy okrężną drogą do auta.

Wybraliśmy się jeszcze na spacer po osiedlu, które rozważam pod kątem przeprowadzki. Efekt był taki, że Ostatniorodny zasnął w drodze powrotnej do domu, Pierworodny najeść wieczorem się nie mógł (choć to nie jest jakoś specjalnie dziwne), a Babcia padła szybciej niż zwykle w pielesze.

Pomoc z Nieba

A ja? Wieczorem planowałam krótką randkę z telefonem albo książką dla relaksu, a potem dla ducha z Panem Bogiem. Zamiast tego przeczytałam maila, o którym napisałam na początku. I po wyregulowaniu wspomnianych hamulców rowerowych, siadłam do komputera. Nie żałuję. Nie żalę się. Cieszę się 🙂 .  Jeśli i Wam ta chwila czytania tekstu, da coś dobrego, moja radość przerodzi się w szczęście.

Ot, zwykły (?) nasz dzień w nie całkiem zwyczajnej rzeczywistości. Ani tej życiowej, ani światowej. Od plasteliny po grób. Od śmiechów po łzy (dziś te ukryte) i ściśnięte serce, kiedy Pierworodny żegnał się na cmentarzu z Tatą. Życie nadal trwa. Jest. Stanęłoby, jestem o tym przekonana, gdyby nie pomoc z Nieba!

Jeden komentarz

  1. Fox Fox

    Zawsze stając nad grobami bliskich mi osób, przypomina mi się zdanie. „Oni są w domu, Ty w drodze.”
    Fantastyczny blog. Nie przestawaj pisać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *