Przejdź do treści

Ja mogę, ale czy zniesiesz?, czyli bam-boo day (odc. 20)

Nie ma mnie tu. A dlaczego? Bo jest źle. Bo nie chcę dzielić się życiem bez nadziei, które próbuje mnie wciągnąć. Nie będę upiększać słowami tego, co piękne nie jest. Ciągle jeszcze ufam (choć nie bez zwątpień pojawiających się setki razy w ciągu dnia), że do piękna idę. Ale w ogóle go teraz nie wyczuwam, nie widzę na horyzoncie, nie układa mi się to w głowie ani w sercu. Nie rozumiem. Nie ma mnie tu, bo depresja niszczy kreatywność. Bo wstanie z łóżka to duży wysiłek, a pisanie to luksus dla zdrowej mnie. Najwyraźniej pojawił się przebłysk w chorobie skoro to czytasz.

Dno, śmierć, burza

Dziś był dzień odbicia. Dno było wczoraj. Samotność, bezradność, niezrozumienie, brak fizycznej obecności Bliskich, emocje, które kierują myślami, słowami, czynami, uczucia rozpędzone jak tornado, trafiające w czuły punkt, kładące na ziemię jednym słowem. Gleba.

Zbliżałam się do niej od dawna. Jeszcze pewnie niejedna przede mną. Nie spodziewam się, że już teraz tylko ku górze. Nie nastąpił efekt wow. Nie latają mi w brzuchu motyle. Ale kilka w końcu się poruszyło. Dały znać, że nie umarły. Może spały jak córka Jaira z wczorajszej Ewangelii? Dla mnie życie umarło. Dla Boga tylko zasnęło. Wystarczy Jego jedno Słowo, a życie się obudzi, łódka dopłynie natychmiast do brzegu, burza się uciszy… Może…

Co się stało, że motyle się poruszyły?

W ubiegły weekend wyjechałam na wspólnotowe rekolekcje. Sama. Bez dzieci. Mój pierwszy samotny wyjazd chyba od przynajmniej siedmiu lat. Śmiałam się tam jak dawno już nie. Byłam na chwilę w innym świecie, choć nie bez kontaktu z tymi, którzy w domu zostali. Wróciłam i emocje Chłopaków mnie zmiażdżyły. Czułam się sponiewierana. Kompletnie bezsilna. Skopana. Kolejne dni nie były wiele lepsze.

Jedna z osób postanowiła sobie na rekolekcjach modlić się modlitwą do św. Józefa. W akcie szukania dla nas ratunku, myśląc o tamtym postanowieniu tej osoby, wzięłam obrazek św. Józefa, który kiedyś przyniosłam z kościoła. Odwróciłam go i zaczęłam modlić się napisaną tam modlitwą. Gdzieś w Internecie znalazłam ikonę św. Józefa, która mną porusza. I tak od tygodnia próbujemy się ze św. Józefem zaprzyjaźnić, bo ja już z tym Bogiem nie wiem jak gadać. To gadam z pośrednikiem.

Mam przekonanie, że to, że odważyłam się dzisiaj poprosić o pomoc, było efektem modlitwy do św. Józefa. Oddaniem mu naszych spraw. Oddaniem, żeby podał dalej i swoim językiem wstawił się u Tego, z którym trudno mi się ostatnio dogadać. Nie umiem prosić o pomoc innych, bo blokują mnie napływające do mojej głowy myśli. Każdy ma swoje sprawy, własne zabieganie, ograniczony dobą czas, ważniejsze sprawy, priorytety, terminy… Wyszłam poza to, co znam (czego robić bardzo nie lubię) i po prostu zapytałam, otworzyłam przed kimś mając ogromną potrzebę zmiany, bo nie wytrzymam tak dłużej, bo się nawzajem w tym domu pozabijamy. Słowem albo gestem.

Wyszłam (co wymagało ode mnie dużego wysiłku niefizycznego) i motyle się przebudziły.

Motyle

Siedząc na kanapie i czekając na nieuchronną chwilę, kiedy będę musiała z niej wstać i jechać po Chłopaków do przedszkola, w odmętach fb natrafiłam na tekst o mikrowyprawach. Popchnięta impulsem założyłam nowonabyte spodenki i zamiast kluczy do auta, wzięłam te do komórki, w której stoi mój rower. Pojechałam do przedszkola rowerem ciesząc się pustym fotelikiem (przynajmniej w jedną stronę), świetną trasą z naszego mieszkania do przedszkola prowadzącą tylko i wyłącznie nad rzeką, bez konieczności wjeżdżania w miasto, cieniem, które dawały drzewa… Oj dawno nie cieszyły mnie takie proste, codzienne radości. Co prawda po przyjechaniu, które wymagało ode mnie bardziej psychicznego niż fizycznego wysiłku, dostałam obuchem emocji od Pierworodnego. Po telefonie do przyjaciela, czyli do Babci, udało się je opanować i do domu dojechaliśmy z trzema uśmiechami.

To zrobiłam sama bez proszenia o pomoc kogokolwiek. Czując satysfakcję postanowiłam wykorzystać przypływ energii psychicznej i znalazłam kogoś, kto wspomoże Pierworodnego w jego nowej pasji. Mamy teraz fotografię na tapecie 😉 . Kolejny motyl satysfakcji się obudził.

No to teraz siebie wypadało wziąć na tapetę. Dostałam niedawno zadanie od mojej pani psycholog, żeby poszukać dla siebie regularnej, cotygodniowej aktywności, jakiegoś wyjścia (poza domem i koniecznie bez dzieci), która sprawi mi radość. No i miałam (i mam jeszcze) orzech do zgryzienia. Co? Jak się zmotywować? Co ja w ogóle lubię?!?! Wstać z przysłowiowego (choć często dosłownego) łóżka ciężko, a ruszyć cztery litery gdzieś dalej w tym stanie kiedy nikt nie ciągnie, nie wypycha, nie wierci dziury w brzuchu z zaproszeniem, to prawdziwe wyzwanie, które trudno podjąć, a nawet o nim myśleć. Napisałam do koleżanki z pytaniem. W akcie desperacji, chwili lepszej kondycji psychicznej. Efekt jest taki, że zamierzam iść z nią na zajęcia ceramiki (ja, która do takich spraw ma dwie lewe ręce, ale to podobno łatwizna, jak lepienie plasteliny- tak mówi 😉 ). Może i jeszcze coś z tego mojego zapytania do niej uda się „ulepić”?

I w końcu pojechałam na umówione spotkanie z kolejną panią psycholog, której szukam dla syna. Znowu potwierdziło się to, że w terapii syna, najważniejsza jest… moja terapia. Moje stanięcie na nogi. Maseczka tlenowa najpierw sobie, potem dziecku- znacie to pewnie. Poczułam się tam ogromnie zaopiekowana. Szczególnie konkretnymi propozycjami, które z tego spotkania wyniknęły. Ot, choćby kontakt do podobnie młodej, może nieco starszej, wdowy, która mieszka niedaleko mnie, a jej najmłodszy syn być może będzie chodził z moim do nowej szkoły. Od września startujemy z pierwszą klasą. I na dodatek wiem od tej mamy o rekolekcjach dla młodych wdów, o których nie miałam pojęcia! I jak ta nowa pani psycholog, już po spotkaniu zaczęła zalewać mnie różnymi propozycjami, to sama stwierdziła, że czuje, że wyleje się łaska Boża.

„Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie.” (J 16, 12)

A niech się w końcu leje. Albo lepiej nie? Kiedy po tylu dniach pustki, suszy, stagnacji, nagle pojawiają się jakieś nowe drogi, uchylają się drzwi, spada deszcz, to trudno się w tym odnaleźć, przyjąć to. Nie opuszcza mnie od wieczora Słowo: „… ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie”. Ja- Bóg- mogę Cię zalać łaską, ale czy ją zniesiesz? Czy zniesiesz szczęście, które chcę ci dać?

Źle mi tu, gdzie jestem. Marzę o szczęśliwej, pełnej rodzinie, mężu, tacie dla Chłopaków, pracy, do której pójdę z radością. Dziś dotarło do mnie, że gdyby tak stało się jutro, paradoksalnie bym tego nie udźwignęła. Trudno mi to zrozumieć, mi, która doświadcza takiej sytuacji, którą prawdopodobnie miał na myśli Jezus wypowiadając te słowa. A jednak to Słowo mnie dziś dotknęło, uciszyło, przytuliło.

Jeszcze nie teraz. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Wytrwasz jeszcze?

Czy wytrwam? Chcę, choć wcale ta droga mi się nie podoba. Mam dość tego głazu na sercu, który fizycznie czuję. Dość pustyni. Bożego milczenia. Może milczy tupiąc nogami ze zniecierpliwienia, kiedy w końcu będzie mógł mi dać to, czego jeszcze teraz nie umiem przyjąć. Czeka cierpliwie, kiedy będę gotowa, kiedy nauczę się pływać w morzu łaski. Może…

Czy wytrwam jeszcze? Św. Józefie, czy wytrwam?

 

 

Obraz GLady z Pixabay

6 komentarzy

  1. Marek Marek

    Wreszcie…

  2. Klaudia Klaudia

    Bardzo dziękuję za ten wpis! ❤️ Święty Józef pomoże. Na pewno! 😊

  3. c.Ania c.Ania

    Morze łez, morze złości, morze gniewu, morze łaski… i ukojenia. Przewala się, aż się uciszy. Dołączam do modlitwy za wstawiennictwem św. Józefa.

  4. Kinga Kinga

    Ile św Józef jest teraz najlepszym Przewodnikiem dla Ciebie – ufam, że skoro pojawił się na Twojej drodze, to ma w tym powód!
    Mi pomaga od wielu lat! Jest Potężny w swym działaniu! Doprowadza do Ojca w Niebie – zawsze tam!
    Miał trudną drogę na Ziemi – tyle pytań, morze niepewności, ale też odważna relacja! Pomogła Mu ufać, słuchać głosu Anioła!
    Miej pokój w sercu! I walcz o siebie!
    Wspieram modlitwą! +

  5. B B

    Kasieńko kochana… ❤

  6. Alicja M.M. Alicja M.M.

    To ja o takim drobiażdżku pobocznym bardzo. Jestem od Pani starsza o prawie dwadzieścia lat, dopiero od kilku lat nauczyłam się prosić o pomoc (często, ale też nie zawsze, gdy potrzebuję). I taki dodatkowe odkrycie przy tej okazji: że ludzie jednak często i chętnie odpowiadają na te prośby. Wiem, że w depresji wszystko jest stokrotnie trudniejsze, ale chciałabym się podzielić tym (dla mnie niosącym otuchę) odkryciem. Najserdeczniej pozdrawiam.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.