Przejdź do treści

Pingwin w mieście

Nie nadajesz się. Są lepsi. Wygłupisz się. I po co ci to?

Słyszysz czasem w głowie, albo jeszcze gorzej przez kogoś wypowiadane, takie słowa? Myśli, które dołują, nie pozwalają się ruszyć z miejsca, depczą wciskając Twoje ciało w łóżko, a może nawet powodując upadek na twardą podłogę? Stoisz sparaliżowany. Wiesz, że Twoje ręce i nogi są zdolne się poruszać. Fizycznie nic im nie jest. A jednak zastygły nie wiedząc co dalej. To głowa musi najpierw podjąć decyzję, a tam hałas. Cisza jest taka cicha…

Krok. Ten pierwszy

Kiedy wpadłam na tą informację dwa lata temu, moje serce mocniej zabiło. Pojawiła się pierwsza myśl: „Zapisz się. Jedź.” Ale jak tu zostawiać chorego MNM. I Chłopców. Jak znaleźć siły, żeby dojeżdżać dwa razy w miesiącu do Warszawy w tym stanie przemęczenia, w którym żyłam? Nie czas teraz na marzenia. A przynajmniej nie na takie. Może kiedyś. Znacie to pewnie…

Rok temu, choć MNM już zaczął niebiański odpoczynek, to jak wręcz odwrotnie. Było paradoksalnie trudniej. Choć fizycznie miałam mniej obowiązków, psychika nie dawała rady. To znowu nie był czas na marzenia. To był czas walki o przetrwanie. O każdy kolejny dzień, a bywało że i o każdą minutę, o zdrowie, życie. O miłość.

Niedawno pytanie znowu powróciło: „Chcesz?”. „Chcę, ale…”- odpowiadałam sobie. Rzadko w życiu wiedziałam czego chcę. Dopiero od kilku lat co jakiś czas pojawiają się pomysły, na które z dużym przekonaniem potrafię powiedzieć: „Tak, chcę”. Zaraz jednak pojawiają się „zniechęcacze”. Może jednak za rok będzie łatwiej. Może jeszcze nie teraz. Pierworodny całkiem nieźle zaaklimatyzował się w nowej szkole, Ostatniorodny zaczął przedszkole, Babcia zgodziła się Chłopcami zaopiekować na czas moich potencjalnych wyjazdów, ale to przecież będzie wymagało dużo energii, poświęconego czasu. W zasadzie to po co mi to? Co ja z tego będę miała? Małe prawdopodobieństwo, że da mi to jakąś dobrze płatną pracę. A ja przecież muszę w końcu zacząć zarabiać. A poza tym to ja nie wiem czy się tam nadaję.

Cała lista argumentów, czasem bardzo sensownych, żeby tego nie zrobić. Żeby nie pójść za tym delikatnym nawoływaniem.

„Myśli, te zniechęcające, odrzucaj. Spróbuj, jeśli coś cię tam woła.”- usłyszałam od kogoś.

Zapisałam się, ale do końca nie byłam pewna czy tam pojadę, czy pójdę za tą decyzją. Z opłaceniem czekałam do ostatniego momentu. Na ostatnią chwilę szukałam noclegu, kupowałam bilety na autobus, pociąg.

Zrobiłam krok. Ten pierwszy. I jak to z takim krokiem bywa, nie był łatwy. Zostawiłam wszystko i wszystkich w domu. Wsiadłam w autobus.

Kolejne kroki

Nowe miasto, ogarnianie dojazdów, nieznani ludzie, otoczenie, miejsca. To wszystko przy moim wysoko wrażliwym introwertyzmie jest zawsze dużym wyzwaniem. Z każdym kolejnym krokiem, który niestety wyzwalał hormony stresu, przychodziło poczucie sprawczości, sił i zaradności, które były we mnie ostatnimi czasy mocno poukrywane. Radziłam sobie, choć nie bez kosztów.

Do pewnego momentu bardzo mocno utożsamiałam się z pingwinem z notatnika, który specjalnie na tą okazję sobie sprawiłam. Co ja tu robię? W tym wielkim mieście. Nieswojo się tu czuję. Wszyscy inni jakoś bardziej tu pasują. Tak myślałam do momentu, w którym każdy po kolei opowiedział kilka słów o sobie. Kiedy usłyszałam, że doskonała większość osób na sali to nie są profesjonaliści, którzy przyjechali się pochwalić swoją wiedzą, kamień za kamieniem zaczął spadać mi z serca. Ktoś przyznał, że, podobnie jak ja, woli pisać niż mówić. Ktoś inny przyjechał nawet nie dla siebie, ale z innego powodu. Jedni odzywali się mniej, inni byli bardziej cisi- jak ja.

Z każdą kolejną minutą ważniejsze stawało się dla mnie to, czego słucham, czego się dowiaduję niż to jak tą wiedzę zmonetyzuję i do czego konkretnie ją wykorzystam. Po raz pierwszy w życiu słuchałam uczelnianych wykładów, na których po pierwsze chciałam być, a po drugie interesowały mnie (pomimo skończenia pięcioletnich studiów). I to zaczęło mi wystarczać. Powoli przestawałam myśleć do czego mnie bycie tam doprowadzi.

W stronę Raju

Jestem ciekawa dokąd dokładnie dojdę. Bardzo chciałabym wiedzieć. Ale może nie powinnam? Może to doskonała nauka zaufania? Chwycenia za rękę i pozwolenia, żeby Ktoś przez tą mgłę mnie przeprowadził?

Ta droga niestety wymaga wysiłku, czasem trzeba poczuć się jak pingwin w mieście albo poprosić o pomoc. Mimo tego, że jestem w samym środku tej samej w sobie gównianej drogi, niezbyt przyjemnej, a przynajmniej nie zawsze, ufam jeszcze, że cel jest tego warty. Robię to wszystko po to, żeby „zapomnieć o Egipcie, w którym niby było źle, ale już się człowiek przyzwyczaił i osiągnął małą stabilizację”*. Nie godzę się na Egipt w swoim życiu. Chcę ziemi, którą obiecał mi Bóg.

Idę do Raju. Idziesz ze mną?

 

 

* Szymon Hołownia, „Holyfood”, s.120

 

zdjęcie główne: notatnik firmy INCOOD

2 komentarze

  1. Marek Marek

    Hurra! Jasne że tak…

  2. Alicja M.M. Alicja M.M.

    Myślę, że przed tym krokiem „pierwszym” było jeszcze coś bardzo istotnego, choć właściwie było to… niezrobieniem czegoś. Pozostawieniem niezdmuchniętego płomyka. Te dwa lata temu. Bo marzenie można też skutecznie w sobie zabić, i wtedy nie byłoby tego „pierwszego” kroku

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.