Przejdź do treści

Chłopaki kociaki, czyli dystans, rodzicu, dystans!

Poranki

Budzimy się rano. Znowu dzwoni ten cholerny budzik. Nie znoszę wcześnie wstawać. Odkąd pamiętam to była moja słaba strona. Wstaję jednak kiedy trzeba. Najczęściej po jednej lub dwóch drzemkach w telefonie. Obok mnie, po jednej i drugiej stronie dwa grzejniki lub, jeśli ktoś woli inne porównanie, gorylki, czyli moi osobiści mini-bodyguardzi, a w zasadzie kociaki, ale o tym później. „Nie wstaję! Nie idę do szkoły!”- słyszę. Potem, w dzień szkolno-przedszkolny, dalsze ociąganie, stęki, narzekanie, powolne rozbudzanie, a w weekend- oczywiście niemalże natychmiastowa rześkość objawiająca się skakaniem, ugniataniem (najlepiej mamy) i jęki, tym razem: „Wstawaj mamo! Jestem głodny.”

Śniadanie. Jeśli jest miód, mleko z płatkami lub inne tego typu słodko-pyszne rzeczy, przebiega we względnym spokoju. A nie- zapomniałam. Jednak nie. Braterskie ADHD objawia się także przy jedzeniu. Zaczepianie, krzyki, odchodzenie od stołu. Mycie zębów. Względnie dobrze, choć w jednym przypadku przeciągane. Stanie przed umywalką. Zajmowanie się innymi ciekawymi rzeczami w łazience. Ja poganiam, zdążę się ubrać, on- nadal stoi, a szczoteczka nie przesunęła się w stronę buzi nawet o milimetr.

Ubieranie. Jedna nadwrażliwość dotykowa prawie minęła, za to stan zawieszenia z łazienki, przeciąga się także na pokój, gdzie czekają ubrania. Druga nadwrażliwość trwa w najlepsze. Jeśli mam zasoby emocjonalne, udaje się w końcu ubrać w któryś z kolei komplet ubrań- po drapaniu, gilgotaniu, skakaniu, dmuchaniu. żartowaniu.

Wychodzimy do auta. A nie- jeszcze ubieranie wierzchniej warstwy. Tu, podobnie jak wcześniej, jeden stoi albo biega, a drugi krzyczy, że mu tu i tam, i jeszcze tam przeszkadza. Podróż autem, jak już do niego dojdziemy, czasem po kłótni kto otwiera auto (co wyeliminowałam i robię to po prostu ja), albo którego w pierwszej kolejności zapiąć, najpierw do szkoły, a potem do przedszkola mija we względnym spokoju. W ciszy, na spokojnej krótkiej rozmowie, a ostatnio zaczyna się odsłuchaniem komentarza dla dzieci do Ewangelii z dnia.

Przed szkołą wysłuchuję jeszcze: „Nie chcę iść”- choć nie tak często jak to było w przedszkolu, błogosławieństwo, przytulas i umawiamy się na godzinę odbioru, choć codziennie jest taka sama. W przedszkolu przebieranie, uściski, całusy, rodzinne zdjęcia przytulone do serduszka. „Miłego dnia Ci życzę!”- mówię. „Miłego domu!”- usłyszałam ostatnio.

Popołudnia

Wracam do domu. Czasem jeszcze wcześniej mniejsze lub większe zakupy, odbieranie paczek. W domu śniadanie i ostatnio częściej zielona herbata niż kawa. Czas wolny. Czas dla mnie. Potrzebuję sobie podzielić go na dwie części. Czas pracy w domu, czyli gotowanie, sprzątanie, nadrabianie zaległości. I czas relaksu, bo po powrocie chłopaków nie będzie możliwy. Czytanie, układanie puzzli, czasem pisanie albo spanie.

Odbieram z przedszkola. Jemy zupę, bo w przedszkolu jeden z nas je w porywach chleb i banana, jak akurat jest. Nadrabiamy zaległości, zanim emocje, te trudne nie dadzą się ubrać- znowu musimy przejść przez to, co rano. Czekają na nas w dodatku emocje kolejne, te nagromadzone po dniu w szkole. W domu oddajemy się wypracowanemu ostatnio rytuałowi, żeby zapobiec krzykom, przewracanym krzesłom, płaczowi i kolejnym krzykom albo pogryzieniom. Jeden z nas buty zdejmuje przed wejściem do domu, potem rozbiera się i myje ręce. W pokoju chłopców czeka ubranie do przebrania, woda i owoce albo bakalie. Na biurku leży mój telefon z przygotowanym do włączenia audiobookiem. W czasie jak jeden w samotności uzupełnia płyny w organizmie, zajada uwielbiane przez siebie owoce i ubiera się przy słuchaniu, ja z drugim walczymy z obiadem, jeśli jest to coś, co nie jest suchym makaronem, ewentualnie z pesto, pierogami albo ziemniakami. W tych kilku przypadkach obiad przebiega w warunkach pokojowego rozejmu.

Czytamy, gramy, próbujemy znaleźć jakieś samodzielne zajęcie, co najczęściej kończy się kapitulacją z mojej strony przybierającą różne formy. Kiedy dołącza do nas ten przebrany po szkole, do zajęć wymienionych dołączają krzyki, płacz, zawodzenie, gryzienie, uderzanie. Czasami są od razu, ale bywa, że poprzedzają je próby dogadywania się braterskiego w formie przekupstwa, silnej sugestii czy czasami w pierwszej chwili udanych negocjacji. Prędzej czy później zaczyna być nerwowo.

Wieczory

Potem kolacja i rytuały wieczorne. Znowu przeplata się to wszystko, co wcześniej. Dziki szał miesza się z zastyganiem w miejscu. Energia przy jednych czynnościach, odcina się nagle po ich skończeniu. „Mamoooooo to!”, „mamooooooo tamto!”. I w tym wszystkim, pośród potrzeb, zachcianek, emocji dzieci, jest moja depresja i uczucia. Złość, frustracja, bezradność, senność, samotność. Kiedy zostaję z nimi sama przez tydzień, dwa, wariuję, uciekam, krzyczę i mówię tak, jak nie chcę mówić. Staję się mamą, którą nie chcę być. Tracę wiarę, nadzieję, miłość. Tracę życie. Swoje i moich dzieci.

Odbicie

Odbić od tego kolejnego dna pomogła mi ostatnio rozmowa z moją psycholog. „A gdyby tak założyć, że Twoi Chłopcy to takie małe lwiątka? Takie kociaki. One właśnie tak się bawią”- te i inne pytania i stwierdzenia pomogły mi znaleźć dystans. Bo w końcu to Chłopcy muszą przeżyć to życie sami. Nauczyć radzić sobie z emocjami. Muszą w związku z tym doświadczyć wielu rzeczy. Zobaczyć jak swoje uczucia i potrzeby traktować, ale też doświadczyć tego, że można czasem upaść, nie poradzić sobie. Że takie jest życie. Nieidealne. I to akurat im świetnie pokazuję 😉 . Tak- często mam wyrzuty sumienia, że to czy coś innego powiedziałam. Tak- żałuję, że krzyczę na nich. Tak- jestem bardzo nieidealna. Tak- nie jestem Panem Bogiem, choć często niestety staram się Nim stać w moim życiu. Tak- jestem tylko i aż rodzicem, a dzieci są i nie są moje. Są Boże. Ja mam je jednocześnie na chwilę i na zawsze. Albo wcale ich nie mam. One mają siebie. Swoje życie. I zawsze Pana Boga.

Dystans, droga Mamo, drogi Tato. Dystans! Nie musisz panować nad wszystkim. Od tego jest Pan Bóg. Odpuść. Nie przeżyjesz życia za swoje dzieci. One do tego wręcz potrzebują Twoich trudnych momentów. Patrzą jak sobie z nimi radzisz i dają sobie prawo do upadków, kiedy Ty upadasz. Trudne to, kiedy życie staje się jednym wielkim wkurzeniem, bezradnością, frustracją. Wiem. Wiem o tym. Doświadczam tego bardzo często. Teraz już wiem, że wtedy trzeba stanąć z boku, złapać dystans, odpuścić i zwrócić się do Tego, który nad wszystkim panuje, choćby wydawało się inaczej.

 

 

Zdjęcie główne z Pixabay

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.