Przejdź do treści

Dokąd to wszystko prowadzi?

Wirusy, a właściwie ten jeden, jest głównym tematem w naszym kraju w ostatnich dniach. Koronawirus wdarł się i do nas. Wirusy i bakterie wypełniają nasze ostatnie miesiące. Towarzyszą naszej rodzinie, i zapewne wielu innym, próbując ustawić dzień codzienny pod siebie. Sezon jesienno-zimowy, pierwszy, w którym Pierworodny chodzi do przedszkola, a dokładnie choroby, które w tym czasie nie opuszczają nas na długo zmieniają wiele w naszym życiu. Znowu, po tygodniowej przerwie, Pierworodny bez przedszkola z nadzieją, już rozwianą, że od poniedziałku do niego wróci, Ostatniorodny, który przejmuje paskudztwa, i jako młodszy gorzej sobie z nimi radzi, i MNM, który z powodu zupełnego już braku odporności na końcu dostaje rykoszetem (znowu zaczyna się brzydki kaszel-już nie liczę, które to przed nami zapalenie płuc się kroi). I w końcu glejak, który od prawie dwóch lat ustawia nam codzienność.

Nie chciałam pisać tekstu z koronawirusem w tle, ale kiedy zobaczyłam dziś pewną tablicę rejestracyjną, myśli popłynęły właśnie w tą stronę. Ufam, że pod wpływem natchnienia. Jeśli nie dla Ciebie, to wiem, że ten tekst jest dla mnie. Nastawia mi na nowo serce. Próbuje dać pokój. Pokazuje cel.

Przyspieszony kurs doskonalący 

Kolejna rzecz z kategorii: „choroba” na naszym rodzinnym horyzoncie. Jakieś dziadostwo do wycięcia. Po parszywym guzie w głowie MNM i przerośniętym migdałku Pierworodnego, pada na mnie. Prawdopodobnie nic groźnego. Jednak kiedy słyszę hasło: „badanie histopatologiczne”, a lekarz nie panikując, ale jednak mobilizuje mnie, by tej sprawy nie bagatelizować, zapala się czerwona lampka niepewności. Z  jednej strony myślę sobie, że kolejny poważny cios to byłoby za dużo i jest to niemożliwe, z drugiej- już wiem, że niemożliwe nie istnieje. I to niestety w złego tego słowa znaczeniu.

Obecna sytuacja epidemiologiczna budzi we mnie refleksje. Po pierwsze taką, z którą żyję już od diagnozy MNM. Oczywista, ale zrozumiała tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy doświadczy się skrajnej sytuacji, jak choćby śmiertelna choroba własna lub bliskiej osoby. Przed diagnozą rak był odległą rzeczywistością. Realną, ale jednak nie dotyczącą mnie bezpośrednio i w moim umyśle był schowany w szufladce: „mało prawdopodobne”. Teraz już wiem, że koronawirus, rak, wypadek to nie odległe rzeczywistości, ale one naprawdę mogą się zdarzyć. Nie straszę. Piszę przede wszystkim do siebie, by znowu żyć dziś. I być gotowym. Dla mnie oznacza to po prostu kochać. Nie odkładać Miłości na jutro.

Teraz wiem, że to jedyne, w czym warto się doskonalić. Można to robić na wiele sposobów. W pracy. Pchając się do polityki czy w inne miejsca, w których Boga nie dopuszczają. Rozwijając swoje talenty. Wychowując dzieci. Opiekując się chorymi. Mi bliskie jest obecnie przede wszystkim to ostatnie. To druga myśl, którą budzą we mnie słowa troski kierowane w stronę osób chorych i ich bliskich. W pierwszym odruchu odczuwam zazdrość. No bo czy zarażony koronawirusem jest ważniejszy od tych Maluchów, które umierają właśnie gdzieś w szpitalu onkologicznym albo chorych w hospicjach stacjonarnych czy domowych, jak MNM, dla których też nie ma lekarstwa? Albo umierający z głodu. Dlaczego na piedestale stawia się te jednostki (wybaczcie za słowo, ale zaraz się wytłumaczę)- w porównaniu z liczbą umierających na inne choroby? Jednak zaraz uzmysławiam sobie, że takie szczególne okresy mobilizacji są nam potrzebne, by na nowo sobie o pewnych sprawach przypomnieć. Podobnie jak Wielki Post. By uzmysłowić sobie, co się liczy. By stwierdzić, że te jednostki to ludzie. To konkretny człowiek. Konkretny dramat tej osoby i jej bliskich. Bóg kocha każdego z osobna. Dla Niego nie jesteśmy jakimś tam jednostkami. On też nie zajmuje się nami gromadnie. Nie jest szalonym naukowcem, który lubi najdziwniejsze, najgroźniejsze, najbardziej beznadziejne przypadki. Nie tylko, ale oczywiście też. Troszczy się o Ciebie i o mnie z osobna.

I po trzecie uświadamiam sobie, że zajmowanie się chorymi jest błogosławieństwem. To najlepszy przyspieszony kurs Miłości. Doświadczam tego, wciąż jednak buntując się na jego przebieg. W obliczu sytuacji na granicy śmierci i życia bywam na szczycie bliskości z Bogiem będąc na dnie cierpienia. Równocześnie łatwiej mi być daleko, kiedy swój wzrok przeniosę z Niego na ból. Jedno i drugie, bliskość i oddalenie, mam często na wyciągnięcie ręki. Trudno mi patrząc na chore ciało MNM i będąc po prostu fizycznie zmęczona stwierdzić, że choroba może być błogosławieństwem. Chorowanie samo w sobie jest do bani i zdania nie zmieniłam. Może kiedyś Bóg nawróci moje serce, by patrzeć na to w inny sposób. Na razie uważam, że błogosławione jest działanie Pana Boga, który wchodzi w trudną sytuację. Niewiarygodne jest to, że On potrafi z tak parszywej po ludzku rzeczywistości, wyciągnąć dobro. Oczyścić. Nawrócić. Przemienić. Wzbudzić Miłość tam, gdzie nikt się już jej nie spodziewa. Uzdrowić lecząc ciało albo nawet tego nie robiąc.

Co zamiast paniki?

Nie martwię się jakoś szczególnie ani tym, co będzie z MNM, ani zdrowiem dzieci czy swoim. Oczywiście nie tak zupełnie. Nie jestem idealna. Miewam gorsze momenty, w których Marta się we mnie budzi. Staram się nie panikować też w sprawie koronawirusa. Nie oglądam telewizji, bo jej nie mam, i nie wczytuję się w Internet. O zamknięciu przedszkoli i szkół dowiedziałam się od Przyjaciółki. Nie jeżdżę do dużych sklepów, w których podobno jest pełno ludzi, w tym dzieci (ot, skutek zakazu), bo zapasy jedzenia zwykłam robić już wcześniej, by na zakupy tracić jak najmniej czasu. Jeśli mi czegoś zabraknie, zapewne wybiorę się tam bez większego lęku. Zaopatruję się w pieczywo i inne produkty z krótką datą ważności w naszym sklepiku, w którym o całej sytuacji epidemiologicznej przypominają rękawiczki na dłoniach pań sprzedawczyń. Dobrze mi mieszkać na naszej „wsi w mieście”, bo tak właśnie się tu czuję.

Ale główny powód mojego braku paniki jest inny. To MNM i oczywiście łaska z Nieba. MNM nie panikował, kiedy pojawiła się pierwsza diagnoza. Nie poddawał się też strachowi, kiedy powiedziałam mu (już po operacji) co to za parszywy guz. „Z kim przystajesz, takim się stajesz”- mówi przysłowie. Jeszcze trochę do pełnego zaufania Woli Bożej mi daleko, ale wydaje mi się, że idę może krętą drogą, ale przynajmniej azymut mam dobry. Dzięki MNM.

Taka reakcja na diagnozę to nie było z jego strony ignoranctwo. Myślę, że i moje podejście do obecnej sytuacji to też nie ignorancja. Nadal będę myła często ręce i pilnowała, by robiły to dzieci oraz osoby do nas przychodzące. Nie zabiorę przeziębionych dzieci na niedzielną Mszę Św. Sama na Eucharystię być może pójdę, być może nie. Porusza mnie decyzja Piotrka Żyłki i Episkopatu. Poszerzają mi serce i zmuszają do refleksji. Nie będę jeździć komunikacją miejską. Zadzwonię na infolinię, jeśli coś mnie zaniepokoi. Podejmę zdroworozsądkowe środki ostrożności. Z Miłości do siebie i innych.

Do Nieba

Kiedy wracałam dziś z badań, których wynik mógłby być źródłem nowego niepokoju, zobaczyłam przed sobą jadący samochód z rejestracją: „DO NIE8A”. „Ciekawe”- pomyślałam.- „Czy chcesz mi Boże przez to coś powiedzieć? O nic Cię nie pytałam”. Bóg odpowiedział, zanim zadałam Mu pytanie. A potem swoją odpowiedź utwierdził Słowem Bożym z dzisiejszego dnia. I znowu byłam zaskoczona tym, że Jego Słowa są naprawdę żywe.

„8” zamiast „B”. „Czy to ma dla mnie znaczenie?”- pomyślałam. Nie zawsze po ludzku jest oczywiste, że jakaś beznadziejna sytuacja może prowadzić do Nieba. Niby o tym rozumem wiem opierając się na Jego Słowie, na przykładzie Maryi czy świadectwach innych ludzi, ale oczy podpowiadają sercu co innego. Bywa, że w napisie „Do Nieba” jest więcej podmienionych liter i wtedy trudno zorientować się dokąd dana sytuacja prowadzi. Jezus jednak konsekwentnie pokazuje, żeby patrzeć przez, a nie na. Kiedy się rodzi w ubogiej stajni pokazuje, co tak naprawdę się liczy. Kiedy umiera na Krzyżu to po to, żeby Zmartwychwstać. Wstępuje do Nieba nie po to, żeby opuścić Apostołów, ale żeby być z każdym jeszcze bliżej, by nie ograniczał go ziemski czas ani ludzkie ciało.

Na ostatniej spowiedzi usłyszałam filozoficzne stwierdzenie o chrześcijańskim prymacie duszy nad ciałem. Odkrywam, że ta filozofia nie jest tylko pustym frazesem. Uzmysławia mi to książka ks. Mariusza Bernysia (kapelana w jednym z warszawskich szpitali) , którą właśnie czytam („Potęga nadziei”). I mówi o tym też dosłownie dzisiejsze Słowo Boże:

To mówi Pan:
«Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku
i który w ciele upatruje swą siłę,
a od Pana odwraca swe serce. (Jr 17, 5)

i

Umarł żebrak (pokryty wrzodami- przyp.mój), i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. (Łk 6, 22a)

Moje tytułowe pytanie pozbawione ma być sugestii jakoby Bóg prowadził nas do Nieba zsyłając nam za karę koronawirusa czy inne dziadostwa. Bliższe jest mi spojrzenie, że Bóg po prostu bierze to, co jest (powstałe w wyniku grzechu pierworodnego i naszych złych decyzji) i po prostu to wykorzystuje, by właśnie do Raju nas wrócić.

Chcę ufać, że cokolwiek się zdarzy, Bóg weźmie i pobłogosławi prowadząc w ten sposób Ciebie i mnie do Nieba.

 

Obraz z Pixabay

Jeden komentarz

  1. Kamila Kamila

    Kasia piszesz mądrze, dobrze, prawdziwie.
    Jesteś kolejnym potwierdzeniem i natchnieniem do wzrostu w wierze.
    Dziękuję :*

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *